19 kwietnia 2019


Drodzy Czytelnicy,

Być na bieżąco. To coś, co zajmuje dzisiaj niemal wszystkich. To imperatyw. Po to jest radio, po to telewizja, gazety i portale internetowe. Dzięki temu wszyscy wiedzą wszystko na każdy temat. Ale czy rzeczywiście?
Gdy ktoś deklaruje zainteresowanie np. polityką, to wydawać by się mogło, że ma pojęcie o historii, mechanizmach czy doktrynach politycznych. Najczęściej jednak okazuje się, że jego zainteresowanie skupia się wyłącznie na aktualnie nagłaśnianych kadrowych przepychankach, pyskówkach i brudach, wyciąganych z życiorysów obecnych polityków. Jednym słowem – interesują go plotki, a nie polityka. Podobnie jest z zainteresowaniem Kościołem, sztuką czy muzyką.
Jakiś czas temu, ktoś zarzucił jednej z partii, rządzących Polską w ramach układu okrągłostołowego, milczenie w pewnej istotnej kwestii. Całkiem serio bolał nad tym, że zwolennicy tej partii nie wiedzą co mają na ten temat myśleć...
Za czasów stalinizmu to właśnie partia mówiła, co ludzie mają myśleć. Dziś idzie nowe, czyli wraca stare – i jest podobnie. I nie dzieje się tak mimo tego, że większość ludzi stara się być na bieżąco, ale właśnie dlatego. Bo to bycie na bieżąco najczęściej kaleczy – i refleksyjność, i wrażliwość, i zdroworozsądkowość.
Kiedyś magiel, jako miejsce bycia na bieżąco, był synonimem prostactwa i prymitywizmu. W naszych czasach standard codziennych informacji i spraw, w które angażuje się umysł (i język) przeciętnego człowieka, dawno już spadł poniżej tamtego, maglowego poziomu.
Współczesne doniesienia medialne, którymi karmi się społeczeństwo, z pewnością nie przeszłyby przez potrójne sito Sokratesa – prawdy, dobra i pożyteczności.
Czy po lekturze codziennej dawki plotek społeczno-polityczno-obyczajowych czujemy się lepiej niż przed tą lekturą? Czy ta wiedza podnosi ducha i pomaga w pracy nad sobą? Czy pobudza do dobrych intencji?
W dzisiejszej dobie zmasowanego niszczenia tego co piękne, moralne i prawe – nie warto być na bieżąco. Nie w taki sposób.

Przemysław Zbierski