21 października 2021


(felieton)

Rosną w miastach domy z czerwoniutkiej cegły, domy wznosi murarz, bo w tej pracy biegły – słowa piosenki Jerzego Jurandota o rzeczywistości PRLowskiej przekonywać miały, jak jest pięknie i ładnie.

Tomasz Gerard

A jak było, to niektórzy jeszcze pamiętają – właściwie zupełnie inaczej niż w piosence, choć motyw żołnierza, który czuwa (pilnuje, jak w obozie?) nad pracą robotników można uznać za ciekawy. Nie mieli za dobrze wtedy ci ludzie pracy, oj nie. Rzemieślników dyskryminowano, ogrodników poniżano, a prywaciarzami straszono dzieci. Wszystko zatem to była jedna wielka – jak to się teraz mówi – ściema. Sam Jurandot, który na odcinku satyryczno-literackim realizował ważne funkcje ideologiczne, naprawdę nie nazywał się Jurandot, tylko Glejgewicht. Pupil systemu, któremu państwo ludowe za działalność satyryczną wypłacało co miesiąc przeszło 25 tys. zł, nie licząc honorariów za publikacje prasowe i działalność pozaartystyczną (to było w 1958 r.; średnia miesięczna płaca w przemyśle wynosiła wówczas 1,7 tys. zł). Naturalnie nie jemu jednemu tak się powodziło. Niwa kultury była przecież jednym z ważniejszych obszarów urabiania narodu na modłę bolszewicką. Uczelnie zaroiły się od ideologów ekonomii marksistowskiej, specjalistów od gospodarki centralnie planowanej i podobnych wynalazków.
Po tzw. przemianach‚ 89 roku akurat na tym akademickim polu zmieniło się bardzo niewiele. Przy czym nie chodzi o to, że nie zmieniono programów. System pozostał nietknięty, a z nim i kadry.
Nic dziwnego więc, że po „25 latach wolności” polskie uczelnie w zasadzie w ogóle nie liczą się na arenie międzynarodowej. W rozmaitych raportach, zestawieniach, rankingach próżno szukać naszych placówek akademickich. To znaczy czasem jakaś się znajdzie, ale na szarym końcu, razem z uczelniami Bułgarii i Rumunii.
Matematyk dr Kamil Kulesza ujawnił na łamach Gazety Prawnej nieco z tych spraw, o których „nie trzeba głośno mówić”, a które są znane wszystkim, mającym do czynienia z naszą akademicką rzeczywistością. Przekonuje, że system polega na selekcji negatywnej, promuje biernych, miernych ale wiernych i degeneruje naszą kadrę naukową... Dziwacy, którzy chcą pracować, traktowani są jak wrzody na pośladkach, a każdego, kto odbiega od schematu należy eliminować. ...Obowiązuje zasada, że zawsze należy grać w jednej orkiestrze z kolegami, bo inaczej jest wiele sposobów, aby zrobić komuś krzywdę – można z grantów utrudnić dostęp do pieniędzy, a jeśli dalej jest „aspołeczny”, to np. zacząć uwalać doktorantów.


cały artykuł dostępny jest w wydaniu 6 (105) czerwiec 2016