22 października 2021


(felieton)


O tym, że na świecie ceni się polskich inżynierów słychać raz po raz, tu i tam. Brzmi to dla niewtajemniczonych jak kadzenie sobie samemu, reperowanie własnego, narodowego ego, że niby polski inżynier jest w cenie, choć pewnie, jak wielu błędnie domniemywa, zachodni inżynierowie biją naszych na głowę. Tymczasem taka opinia nie bierze się znikąd, a wynika z zupełnie innego systemu kształcenia jak również (a może przede wszystkim) z konieczności radzenia sobie w trudnych czasach siermiężnej, socjalistycznej rzeczywistości.

To był najtrudniejszy ale i najlepszy trening, kiedy jako nastolatek zmagałem się z niebywale zawodnym i licho wykonanym produktem bydgoskiego Rometu, a później Syreną kuzyna, i kolejno: Trabantem i Żukiem. A wszystko to na przełomie podstawówki i liceum. Utrzymać to na chodzie – to było wyzwanie. A jaka radość dla młodego pasjonata!
W mojej karierze zawodowego włóczęgostwa po różnych polach naftowych Afryki i Azji było mi dane przekonać się o wartości tego treningu wiele razy.
Jakieś dwa lata temu, na amerykańskim polu naftowym położonym tuż nad brzegiem oceanu w Angoli, gdzie pracowałem, wysiadł ogromny kompresor zaopatrujący spory warsztat w sprężone powietrze, niezbędne do pędzenia pneumatycznych narzędzi. Warsztat zajmował się remontem głowic eksploatacyjnych dla wiertni.  Pewien szkocki inżynier wraz ze swym kolegą Amerykaninem, jako menadżerowie i doświadczeni fachowcy odpowiedzialni za warsztat, drapali się w głowę przy tym kompresorze przez jakieś pół dnia, włączając go raz po raz, jakby w nadziei, że za którymś razem samo mu przejdzie. Za każdym jednak razem, gdy kompresor się zatrzymywał, wypluwał przez filtr powietrza wysoką na metr fontannę oleju.  W końcu menadżerowie się poddali.  Przechodząc obok mego biura z kompletną już rezygnacją oznajmili, że jak chcę to mogę rzucić okiem na ten kompresor, choć pewnie to nic nie da. Nie leżało to w zakresie mych obowiązków, ale skoro tak, to czemu nie. Całe urządzenie wraz ze zbiornikiem, układem separacji oleju, chłodzenia powietrza, układem smarowania, zaworami i elektroniką było wysokie gdzieś na dwa metry i na trzy metry długie.  Jak to zwykle bywa w super zorganizowanych amerykańskich bazach, nie było ani instrukcji obsługi ani żadnych części zamiennych do tego ustrojstwa. Naszkicowałem więc odręcznie schemat przepływu powietrza i instalacji osprzętu, wodząc wzrokiem za plątaniną ciasno upakowanych rurociągów. Zorientowałem się w międzyczasie, że jest to kompresor/sprężarka Rootsa, a patrząc na wykonany szkic zastanawiałem się dlaczego maszyna wypluwa olej. Jak logicznie wynikało z mych bazgrołów, aby się tak nie działo powinien być jakiś zawór pomiędzy filtrem a sprężarką, który ten olej by zatrzymywał.

cały artykuł dostępny jest w wydaniu 4 (43) Kwiecień 2011