17 października 2021


(felieton)


Niedługo po swoim przybyciu do Norwegii czekałem na paczkę, która miała nadejść pocztą. Któregoś dnia, w godzinach pracy zadzwonił mój telefon komórkowy. To listonosz chciał mnie poinformować, że paczka jest do odebrania na pobliskiej poczcie. Wiadomość mnie ucieszyła, lecz zaciekawiony spytałem skąd właściwie miał mój prywatny numer? Na to listonosz ochoczo odrzekł, że właściwie to wcześniej dzwonił też na mój służbowy, ale nie odbierałem.

Ronin

Na koniec dorzucił, że wpisał moje nazwisko w bazę danych mieszkańców regionu, do której każdy pracownik i urzędnik państwowy ma tu pełen i swobodny dostęp, i tam znalazł wszystko na mój temat. Popytałem zdziwiony znajomych i faktycznie, tak tu jest. Ochrona danych jest w tym kraju dość umowna. Urząd musi wiedzieć gdzie mieszkam i co robię. O zmianie pracy też muszę powiadomić urząd meldunkowy. Skąd my to znamy?
Ale to nie wszystko. Jawne są tutaj dane podatkowe. Mogę więc znając tylko imię i nazwisko dowolnej osoby wpisać je na odpowiedniej stronie i zobaczyć ile delikwent zapłacił podatku za zeszły rok, ile za lata wcześniejsze i jaki procent stanowi to jego zarobków. To działa, sam sprawdzałem.
Cóż w tym złego, powiedział zaprzyjaźniony tubylec. To dla naszego dobra. Jak nie masz nic do ukrycia to nie musisz się niczego obawiać. Ta sentencja, jak się okazuje, jest dość znamienna dla pewnej linii myślenia. Zapamiętajmy ją na chwilę.
Po cóż jest ten system? Cóż za pytanie? To oczywiste. Jest, by porządkować nasze życie, regulować przepisami przestrzeń prawną, w której wolno nam się poruszać, dbać by żyło nam się bezpiecznie i pewnie. Ale czy aby na pewno? Otóż jest tu pewien niepokojący czynnik, cena, której lepiej nie płacić.
Każdy system, oprócz swej powszechnie znanej funkcji, ma też inną, wewnętrzną. Aby ją realizować żąda coraz więcej danych na nasz temat, obostrza przepisami coraz więcej aspektów życia codziennego. Coraz częściej słyszy się, że zamiast starej zasady „wszystko, co nie jest zabronione jest dozwolone” pojawić się ma inna: „wszystko, co nie jest dozwolone jest zabronione”. Ale to przecież dla naszego dobra. Bo jeśli nie mamy nic do ukrycia nie musimy się martwić, czyż nie? Godzimy się więc w imię własnego bezpieczeństwa by odbierano nam to, co najcenniejsze – wolność. Straszy się nas terroryzmem bądź kataklizmem (mniej lub bardziej prawdziwym) byśmy zlęknieni jak owieczki w czasie burzy biegli do pasterza-systemu z okrzykiem „broń nas! oddamy ci chętnie wszystkie nasze prawa tylko zrób coś i ocal nas!” Problem – reakcja – rozwiązanie. Tak to się fachowo nazywa. Ten proces jest odpowiednio powolny. Metoda małych kroków sprawdza się tu najlepiej.

cały artykuł dostępny jest w wydaniu 11 (50) Listopad 2011