23 października 2021


Latające zabytki techniki fascynują, są żywą historią XX wieku. Oglądanie ich w powietrzu i na pasach startowych stanowi niezapomniane przeżycie, szczególnie gdy zdamy sobie sprawę z ich skomplikowania technicznego i wszystkiego tego, co wiąże się z gigantycznym postępem w technice lotniczej. Latanie myśliwcem z II Wojny światowej to przecież zupełnie inny świat niż współczesne statki powietrzne.

Ryszard Romanowski

Przed laty, chyba w 2006 roku, na Pikniku Lotniczym w Trzebiczu Nowym pojawił się szkolny dwupłat WACO z lat czterdziestych. Gdy wylądował okazało się, że wygląda jakby przed chwilą opuścił fabrykę. Pamiętając z literatury opowieści dawnych pilotów o tej maszynie trudno było przejść obok niej obojętnie. Samolot był ogromnie wymagający i nie wybaczający błędów. Mówiono, że kto dobrze na nim lata, będzie doskonale latać na innych maszynach. WACO wychował całą generację, doskonałych, głównie amerykańskich pilotów wojskowych. Gdy zapytałem szefa imprezy Ryszarda Chwalisza, kto mógłby mi nieco poopowiadać o tej maszynie i jej odbudowie, ten spojrzał w powietrze i powiedział: – Chyba już się nalatał i zaraz wyląduje. Poczekaj chwilę, zaraz pojawi się Raimund Engwer.
Rzeczywiście po chwili pojawił się człowiek, który w pasjonujący sposób zaczął opowiadać o dawnych dwupłatach, ich zaletach i wadach, i o genialnym wówczas silniku Continental. Opowiadał o istniejących nadal zapomnianych i od dawna nieużywanych lotniskach w Ameryce. W walących się hangarach można tam spotkać obsypane kurzem i zarośnięte pajęczynami maszyny, które ostatnio odrywały się od ziemi co najmniej pół wieku temu. Kraj przechodził różne koleje losu, ktoś umierał lub bankrutował, pozostawiał po sobie łąkę i stary hangar, którym przez lata nikt się nie interesował. Wystarczyło odkupić wiekową maszynę i ... zabrać się za jej odbudowę. Podobno jeszcze takie cuda się zdarzają.

waco
Waco

cały artykuł dostępny jest w wydaniu 12 (63) Grudzień 2012