16 października 2021



s2Podwozie mogło być w niej dowolne, ale silnik 250 cm3 musiał być jednocylindrowy i zrobiony w jednym z krajów komuchowskich. W 1989 roku na swoim prototypie z „wodnym” silnikiem zdobyłem pierwszy tytuł mistrza Polski i zająłem czwarte miejsce w klasyfikacji końcowej, właśnie „formuły socjalistycznej”. Czwarte miejsce to nie byłby jakiś wielki wyczyn, gdyby nie fakt, że pierwsze trzy miejsca zajęli Kubańczycy! Mieli motocykle przygotowane przez dział sportowy fabryki MZ w Zschopau, a każdy z tych zawodników ważył po mniej niż 50 kg. A ja na swoim „samopale” zostawiłem z tyłu wszystkich Rosjan, którym wyścigówki z aluminiowymi ramami budował specjalny ośrodek doświadczalny w Tallinie. Byłem też przed DDR-owcami, którzy dysponowali piekielnie szybkimi motocyklami z prototypowymi dwugaźnikowymi silnikami MZ, przed Czechosłowakami z ich Metelexami, przed Węgrami, a oni mieli silniki CZ zamontowane w podwozia wyścigowych Yamah TZ 250, przed Rumunami i Bułgarami. Dlatego to czwarte miejsce uważam za najlepszy wynik w swojej karierze sportowej. Świadczy on też o zaletach SKM-ów.
 


Włodzimierz Kwas dzisiaj - po 41 latach w branży fascynacja motocyklami nic a nic mu nie przeszła.
Włodzimierz Kwas dzisiaj - po 41 latach w branży fascynacja motocyklami nic a nic mu nie przeszła.

– Czy któraś z tych maszyn przetrwała?
Zupełnie nie mam pojęcia. Dostaję czasami pytania o te motocykle i informacje, że ktoś tam widział, czy kupił. Słyszałem nawet, iż gdzieś jeszcze zachował się mój prototyp z „wodnym” silnikiem. Ale to wszystko działo się przecież prawie ćwierć wieku temu. W czasach, w których bicz trzeba było ukręcić z piasku. Później, gdy przygotowywałem wyścigowe motocykle klasy Superbike dla kilku zawodników i dla siebie, wspominając tamte lata, sam z niedowierzaniem kręciłem głową. Udało się coś, co nie mogło się udać.


Rozmawiał: Ryszard Romanowski

artykuł pochodzi z wydania Grudzień 12 (51) 2011