29 listopada 2022

 

DSC05075

Rajdy samochodowe wymagają nie tylko wielkiej biegłości w posługiwaniu się kierownicą, lecz również dużej wiedzy technicznej i konkurencyjnego, a zatem drogiego sprzętu. Nie chodzi tu jedynie o dobry samochód, ale też o najwyższej klasy obsługę serwisową i możliwość zapewnienia sobie przewagi technicznej w ramach obowiązujących regulaminów. Często nawet bardzo utalentowani kierowcy nie mogą sobie poradzić z wymaganiami sprzętowymi wiążącymi się z budżetem. Zdarzają się jednak tacy, którzy dzięki wysokiemu poziomowi wiedzy technicznej połączonej z talentem potrafią osiągać sukcesy, będąc niemal oderwani od wielkiego zaplecza technicznego. Jednym z nich jest mgr inż. Marek Rada, często goszczący na najwyższych pozycjach list wyników renomowanych imprez lat osiemdziesiątych. Niemal cała jego kariera zawodnicza związana była z modelem FSO Fiat 125p.

Z wielokrotnym mistrzem strefy zachodniej i północno-zachodniej, mistrzem okręgu, zawodnikiem czołówki klas w rajdowych mistrzostwach Polski i pucharze FSO – Markiem Radą – rozmawia Ryszard Romanowski

– Jak się zaczęła twoja fascynacja rajdami samochodowymi?

– W roku 1967 roku byłem na Rajdzie Polski kibicować. Pojechałem wtedy do babci ze strony ojca, która mieszkała w Polanicy Zdroju. Baza rajdu była wtedy w Krakowie, a zawodnicy jechali aż do Kotliny Kłodzkiej i z powrotem.  Długości tras wynosiły ponad 2000 km. Oglądałem odcinki specjalne całą noc. Jak wróciłem rano babcia była przerażona. Moja wina, bo nic jej nie powiedziałem. Nie zamierzałem zresztą spędzić tam całej nocy, ale wszystko się jakoś  tak ułożyło, że zostałem do końca. Było lato, cieplutko. Pamiętam, że jechał Komornicki na BMW i Andrzej Jaroszewicz. Wtedy jeszcze do mnie nie docierało, że on był synem premiera.

Później zacząłem dostrzegać podobieństwo. Przypomniał mi się też mój pierwszy kontakt z Krzysztofem Hołowczycem. Już po bardzo wielu latach od wspomnianego Rajdu Polski. Chyba na Rajdzie Dolnośląskim, gdzie „Hołek” jechał swoją słynną taksówką z zaklejonymi numerami. Chyba nawet miał taksometr. Rozmawialiśmy przez opuszczoną szybę w drzwiach. W końcu gdy wysiadł z samochodu aż się przeraziłem, jaki on był wysoki. Wygrał wtedy klasę N, tzw. Enkę i był wysoko w klasyfikacji generalnej. Wcześniej były jeszcze rajdy Monte Carlo. Studiowałem w Gdańsku i kilka razy mogłem oglądać rajdowe auta na Długim Targu. W jednym z rajdów wszyscy kibicowali Sobiesławowi Zasadzie. Jechał białym Porsche i miał wielkie szanse na pierwszą trójkę. Przed ostatnim etapem zwanym nocną karuzelą, gdy był chyba szósty w klasyfikacji generalnej, otrzymał wiadomość o śmierci ojca. Przerwał rajd i wrócił do domu. Wtedy też kończyła się era Mini.

W Gdańsku poznałem Andrzeja Szulca, kolegę studenta, co prawda architektury. Już wtedy jeździł w rajdach Fiatem 850 w okręgu gdańskim. Później przesiadł się na Syrenę i ruszył na mistrzostwa Polski, często wygrywając klasę. Po za  tym był Józef Ważny, znany zawodnik z mojego rocznika. Włodzimierz Groblewski z pilotem Januariuszem Czerwońcem to koledzy z roku. Była tam wtedy mocna ekipa zainteresowana rajdami. I tak się zaczęło.

 

Cały artykuł dostępny jest w wydaniu 1/2 (172/173) Styczeń/Luty 2022

pobierz pdf