19 kwietnia 2019


Niedawno wróciłem z Kuby. Tam, jak to w komunistycznym raju, regulacje państwowe doprowadzono do takiego absurdu, że ludziom nie opłaca się pracować, w sklepach brakuje wszystkiego, infrastruktura nie była remontowana od czasów tamtejszej rewolucji (1959 rok), a po ulicach jeżdżą głównie stare samochody, które bardzo zanieczyszczają powietrze. Cóż to za przepisy? Niemal całkowite wyeliminowanie własności prywatnej w prowadzeniu działalności gospodarczej, ograniczenie do minimum możliwości inwestycji zagranicznych, gigantyczne opodatkowanie drobnych (jedynych dozwolonych) przedsiębiorców, czy choćby zakaz importu samochodów przez prywatne podmioty.

Tomasz Cukiernik

Zarówno Unia Europejska, jak i – jej śladem oraz rozkazem – Polska, nie doszły (jeszcze) do takiego poziomu regulacji, ale idą w tym kierunku i próbują zbliżyć się do karaibskiego wzoru. Sposób rozumowania władzy jest identyczny: państwo wie lepiej od ludzi, co jest dla nich dobre. Unijne, często niedorzeczne regulacje dotyczące bezpieczeństwa, zdrowia czy ochrony środowiska (np. system handlu uprawnieniami do emisji CO2), podnoszą koszty prowadzenia działalności gospodarczej, które następnie przerzucane są na konsumentów. To z kolei powoduje, że unijna gospodarka jest mniej konkurencyjna, co tym samym uderza w potencjał wzrostu PKB. Taki sam skutek mają ustalone przez Brukselę minima wysokości całego szeregu podatków, jak VAT, akcyza od paliw, energii elektrycznej czy papierosów. Najnowszą inicjatywą jest podatek od usług cyfrowych.
Polska nie tylko musi wdrażać te pomysły, ale na dodatek sama wprowadza jeszcze dalej idące szkodliwe inicjatywy, jak na przykład nie tak dawny – zakaz handlu w niedzielę. A takie regulacje mają zwykle skutek przeciwny do tego, jaki był zamierzony. Z marcowego raportu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców wynika, że wprowadzony u nas zakaz handlu w niedzielę spowodował spadek obrotów małych sklepów i ich upadanie, a jednocześnie zwiększył udział w rynku sieci dyskontowych. Nie o to chyba – przynajmniej oficjalnie – chodziło pomysłodawcom inicjatywy. A dzieje się tak dlatego, że urzędnik nigdy nie jest w stanie przewidzieć wszystkich skutków swoich decyzji. Kiedy władze na Kubie, aby chronić ludność przed wysokimi cenami produktów rolnych przywożonych przez handlarzy ze wsi do miast, uregulowały ich wysokość, pośrednicy natychmiast zniknęli, bo nie opłacało im się handlować. W efekcie, jeśli teraz mieszkańcy miasta chcą kupić te towary, muszą sami pofatygować się na wieś, co kosztuje ich znacznie więcej niż wcześniejsza prowizja dla pośredników.

 

cały artykuł dostępny jest w wydaniu 3 (138) marzec 2019