24 października 2021


Zbigniewa Przysieckiego ze Stargardu Szczecińskiego spotkałem podczas XX Zlotu Samolotów i Motolotni w Trzebiczu Nowym, nieopodal Drezdenka. Jego nazwisko często padało podczas rozmów z pilotami, którzy szczególnie chwalili konstrukcje pana Zbigniewa. Na zlocie było kilka z siedmiu motolotni, które wyszły spod jego ręki. Wyróżniały się efektownym wyglądem i klarowną konstrukcją. Staranność wykonania, niewidoczne spawy – nie sprawiały wrażenia jednostkowych konstrukcji, powstających w jednoosobowym warsztacie.

Rozmawia: Ryszard Romanowski

Na pytanie jak doszło do skonstruowania pierwszej maszyny latającej, usłyszałem zaskakującą nieco odpowiedź.: – Gdy zaczynałem latać i zobaczyłem pierwszą motolotnię, pomyślałem: co za paskuda, muszę zbudować coś ładniejszego...

Jako, że trwały konkurencje lotnicze i piloci nie mieli czasu na pogawędki rozmowę kontynuowaliśmy następnego dnia.

– Jak zaczęła się pana przygoda z motolotniami? Czy wcześniej miał pan jakieś profesjonalne związki z lotnictwem?
– Profesjonalnie z lotnictwem nie miałem nic wspólnego, poza tym, że byłem skoczkiem spadochronowym w wojskach powietrzno-desantowych. Myśl o budowie motolotni dojrzewała podczas szkolenia w Aeroklubie Szczecińskim. Prowadzę sklep i kiedyś, gdy trzeba było jeździć w poszukiwaniu towaru, nie było czasu na nic innego. Swoje hobby techniczne musiałem odłożyć na później. A budowałem różne rzeczy od dziecka. Mam na koncie mieszadełko do herbaty, zrobione z silniczka elektrycznego i wężyka gumowego. Miałem wtedy kilka lat i jak zademonstrowałem działanie urządzenia to wszyscy przy stole byli w herbacie. Przerabiałem też bardzo poważnie motorynkę Romet. Zbudowałem tylny wahacz z pojedynczym amortyzatorem. Sprawowało się to doskonale i po latach zobaczyłem niemal identyczne rozwiązanie w dużych japońskich motocyklach.
Zmieniła się gospodarka i już nie trzeba uganiać się za towarem. Wszystko przywożą. Mogę więcej czasu spędzać w warsztacie.
Z powietrzem jest tak, że jak ktoś popróbuje – to wciąga jak narkotyk. Zresztą od małego człowiek patrzył do góry jak coś tam lata.
Kiedyś spotkałem kolegę, który był razem ze mną w wojsku. Patrzę, a on ciągnie za sobą na lawecie motolotnię. Pierwsze pytanie jakie mi zadał, to czy mnie nie „ciągnie” do latania. Ciągnęło i to mocno, ale nie wiedziałem gdzie się udać, aby marzenie zrealizować. Dałem mu numer telefonu i wczesną wiosną z lotniska na szczecińskim Dąbiu odezwał się kolega instruktor i zaprosił mnie tam. Zaczęły się szkolenia. Najpierw teoria, a gdy zrobiło się cieplej pierwsze loty. Po dziesięciu godzinach instruktor wysiadł i powiedział: leć. Poleciałem…

TRZEBICZ-2010A-014
Zbigniew Przysiecki: Zawsze starałem się aby moje motolotnie wyglądały ładnie

W międzyczasie poznawałem budowę motolotni. Postanowiłem, że nie będę ściągał od nikogo wymiarów czy rozwiązań. Po prostu, zrobię sobie sam motolotnię, żeby nikt nie powiedział, że małpuję. Siadłem sobie na wiaderku (z dnem do góry), wyciągnąłem nogi do przodu, tu ma być przednie kółko, śmigło ma taką średnicę, tyle ma być nad ziemią i powstał prowizoryczny rysunek. Zacząłem to składać, no i wyszła motolotnia. Nie podobała mi się za bardzo, ale już zaczynała przypominać tę wymarzoną. Kupiłem nowe skrzydło, założyłem i pierwszy lot odbył kolega instruktor. Po wylądowaniu stwierdził: słaba, ale będzie latać. Mi jednak cały czas się nie podobała. Zabrałem ją z powrotem na warsztat i popoprawiałem. Zaczęła ładniej wyglądać i lepiej latać. To wszystko działo się w latach 1986-1987, kiedy o profesjonalnych silnikach lotniczych można było tylko pomarzyć. Napęd mojej konstrukcji stanowił dostosowany silnik Citroena Visa. Był słaby, ale z jedną osobą latał dość dobrze i mało palił, około 6 litrów, a nie 12, jak Rotax. Polatałem dwa lata, a w międzyczasie zacząłem budować drugą. Zbudowałem formę na wózek, kolega mi pomógł i tak powstała kolejna motolotnia.

cały artykuł dostępny jest w wydaniu 10 (37) październik 2010