21 października 2021


(felieton)


Ministerstwo Rodziny, Dzieci i Spraw Socjalnych Norwegii przygotowało raport, w którym proponuje się wprowadzenie w tym kraju nowych kryteriów oceny dobrego samopoczucia dzieci. Główne tezy zakładają ponadto, że biologiczni rodzice nie mają już priorytetu w wychowaniu własnych dzieci i w wypadku odkrycia, że dziecko jest niezadowolone, będzie ono usuwane z takiej rodziny.

Tomasz Gerard

Co i rusz jesteśmy bombardowani tego typu newsami, z kraju i ze świata, a to żeby odbierać dzieci rodzicom, a to, żeby je wyrywać spod „toksycznej dominacji rodzicielskiej”, a to znowu, żeby na uczelniach wykładać jakieś chore teorie o płci, jako o „konstrukcie społecznym”. Zewsząd płyną rewelacyjne pomysły różnych organizacji pozarządowych, które oczywiście są organizacjami non-profit i same z siebie takie popaprane koncepcje nieustannie produkują.
Patrząc na tę nie słabnącą aktywność rozmaitych grup, organizacji, ale i pojedynczych osób także, w niszczeniu resztek normalności dzisiejszego świata, wielu nie może się nadziwić, jak mogło dojść do takiej dominacji zła i niemoralności.
Kiedy to właśnie jest bardzo proste. Pomijając tchórzostwo ludzi porządnych i małą ich gorliwość w dobrym, wystarczy zdać sobie sprawę z dużej aktywności deprawatorów. Jeśli mają rodziny to traktują je nowocześnie, tj. nie zajmują się nimi specjalnie, wychodząc z założenia, że rodzice – jak zwierzęta – mają zapewnić swoim młodym (dzieciom) wikt i opierunek. I tyle. Normalny rodzic zabiega o rozwój sumienia, woli, charakteru dziecka i na to poświęca swój czas. Nienormalny zaś w ogóle nie zajmuje się takimi sprawami, on ma ważniejsze zadania – on reformator, on rewolucjonista, twórca nowych czasów. Tyle tylko, że te nowe czasy wcale nie są nowe – tak, jak kiedyś, tak i teraz wystarczy wszystko dookoła siebie zepsuć, wszystkiego co trudne zaniechać, co ważne zaniedbać i porzucić bez żalu, a reszta dokona się sama. Oto cała reforma – oto sekret nowych wspaniałych czasów.
Trudno się też temu dziwić, bo i konsekwencja takich zachowań jest prosta. Jeśli ktoś wyznaje zasadę, że człowiek jest zwierzęciem, to z braku innych dowodów będzie próbował człowieka doprowadzić do zezwierzęcenia, żeby wyszło na to, że miał rację. Bo przecież każdy chce, żeby jego było na wierzchu. I takich właśnie działań jesteśmy świadkami. Dlatego majstrują przy szkolnictwie, przy kulturze, przy różnych „politykach prorodzinnych” – gdzie się da.


cały artykuł dostępny jest w wydaniu 1-2 (52-53) styczeń-luty 2012